Azory

 Archipelag Azorski  -  raj dla miłośników  przyrody i pieszych wędrówek


 Wstęp – przygotowania.
Do podróży na Azory zainspirował  mnie pobyt na portugalskiej Maderze i spór w Internecie,  które  wyspy są ładniejsze. Dla jednych  to Madera , dla innych Azory.  Postanowiłem przekonać się osobiście. Problem był tylko jeden : jak tanio dolecieć na Azory? 


Był to koniec roku 2013 i dopiero co zacząłem przygodę z samodzielnym tanim lataniem . Najtańszym wówczas rozwiązaniem był lot z Warszawy do Sao Miguel z przesiadką w Lizbonie , portugalskimi liniami Tap. I wcale nie wychodziło to tanio.  Długie śledzenie cen biletów w interesującym mnie terminie i wreszcie w piękny styczniowy poranek są bilety za 1200 zł RT. Ponieważ miałem na celu odwiedzenie kilku wysp bilet kupiłem w kombinacji: Warszawa- Ponta Delgada i powrót Horta- Warszawa. No dobra bilety są , teraz przyszedł czas na planowanie podróży. Ze względu na skąpe ilości informacji w Internecie i braku jakiegokolwiek przewodnika nie było to proste. Z pomocą przyszedł dopiero kontakt z Polakiem mieszkającym w Portugali , który zachwycony wyspami Azorskim wydał przewodnik w formie elektronicznej. To bardzo ułatwiło planowanie wyjazdu. Cała logistyka podróży zależała od połączeń lotniczych i promowych  między poszczególnym wyspami oraz długości wyprawy, która miała trwać 16 dni. Po długiej lekturze i zebraniu wszystkich informacji ostatecznie padł wybór na sześć z dziewięciu wysp archipelagu. Mieliśmy podziwiać piękno przyrody,  dlatego postanowiliśmy poruszać się pieszo i stopem, mając tylko bagaż  podręczny. Podróżowanie w taki sposób miało być dla nas (mnie i mojej połówki) nauką przed dalszymi wyprawami, bo podobno żeby tanio latać trzeba mieć tylko bagaż podręczny,  o czym mieliśmy się już przekonać na lotnisku w Warszawie. Ale o tym zaraz.

Dzień 1 (7 lipca 2014) –   dobry początek.
Plecaki spakowane i zważone ( po około 6 kg każdy), kanapki w reklamówce i podróż autkiem do Warszawy. Po niecałych 3 godzinach meldujemy się na lotnisku. Samolot do Lizbony był o 15.20,  więc mieliśmy jeszcze sporo czasu do odlotu. Gdy tylko zaczęła się odprawa podeszliśmy do okienka linii TAP Portugal po nasze bilety. I tu nasze zaskoczenie. Pan nas informuje,  że nastąpił tzw. Overbooking, czyli przewoźnik sprzedał więcej biletów niż jest miejsc w samolocie (leciała jakaś pielgrzymka do Lizbony). W związku z zaistniałą sytuacją Pan zaproponował nam późniejszy lot do Lizbony ale z przesiadką w Monachium. Zamiast 18.20 mieliśmy być na miejscu o 21.50.  Gdy się namyślamy Pan grzecznie dodaje, że w ramach rekompensaty dostaniemy po 250 euro  za spowodowaną sytuację. To było bardzo przekonujące, bo po krótkiej kalkulacji wychodziło mi , że cała podróż wyniesie 200 zł na osobę . Takiej ceny to chyba nawet w największych promocjach Ryanair -a  nie było. A wszystko to opisuję ponieważ argumentem tej propozycji skierowanej akurat dla nas był właśnie bagaż podręczny .  Tak więc tuż  przed 22.00 lądujemy szczęśliwie w Lizbonie. Jeszcze tylko pół godziny metrem i tuż przed północą meldujemy się w naszym hostelu o nazwie Residencial Mar Dos Acores ( 20 euro za noc). Pokój bardzo mały ale z klimatyzacją, zlewozmywakiem i dużym małżeńskim łóżkiem.  Polecamy ten hostel na krótki wypad do Lizbony, bardzo blisko centrum, około 15 minut spacerem do Placu Rossio. Zarezerwowane wcześniej mieliśmy tylko noclegi, po których był jakiś lot lub bezpośrednio po przylocie. Pozostałe musieliśmy szukać na miejscu. A wszystko dlatego, że plany mogły ulec zmianie , a po drugie hotele na Azorach niestety nie należą do tanich , ceny zaczynały się od 65 euro wzwyż dla dwóch osób. Może gdybym wcześniej znał portal Airbnb próbowałbym coś znaleźć, ale wszyscy mnie zapewniali, że nie ma żadnego problemu ze znalezieniem jakiegoś lokum. Zobaczymy na miejscu.

Nasz hostel w Lizbonie, do którego zawitamy również w drodze powrotnej

Dzień 2 (8 lipca)  - pierwsza wyspa czyli Sao Miguel.
Samolot do Ponta Delgada ruszał o 11.50. Ponieważ perypetie z   wczorajszym lotem nie pozwoliły na spacer po starym mieście, wstajemy wcześnie  i ruszamy do centrum.  Po drodze croissant  z kawą i krótkie zwiedzanie miasta. Tym razem już bez żadnych niespodzianek wsiadamy w samolot linii  Tap Portugal.  Po 2,5 godzinach lądujemy wreszcie na lotnisku imienia Jana Pawła II w Ponta Delgada, na największej wyspie archipelagu Sao Miguel. Niecałe 4 km marszu i meldujemy się we wcześniej zamówionym  hostelu Vintage Place (38 euro). Nasz pokój był z łazienką , wentylatorem i z widokiem na patio, gdzie można było usiąść i zjeść jakiś posiłek uprzednio przygotowany w ogólnodostępnej kuchni. To jeden z trzech noclegów, które mieliśmy wcześniej zarezerwowany na wyspach. Krótki odpoczynek i zwiedzanie największego miasta, ponieważ nazajutrz już zmienialiśmy nasze lokum.  W sumie przez cały dzień zrobiliśmy 21 km co skrupulatnie pokazywała mi aplikacja Endomondo w telefonie komórkowym. Po pierwszym dniu pobytu  zauważamy, że ceny żywności w sklepach są niższe niż na kontynencie, fajnie.

Plac Figowy - Lizbona

Plac Pałacowy - Lizbona

Most 25 kwietnia - Lizbona

Główna ulica w Ponta Delgada -  Infante Dom Henrique

Marina a za nią Portas do Mar ao amanhecer

 Kościół Świętego Józefa na Placu 5 Października

Kościół San Sebastian

City Gates


Dzień 3 (9 lipca) – pierwszy trekking i pobyt w Furnas.
Pierwszy dzień trekkingu zaczynamy podróżą publicznym środkiem lokomocji czyli autobusem. Komunikacja miejska na Sao Miguel funkcjonuje trochę lepiej niż na Maderze, przy czym słaba jest tylko częstotliwość poszczególnych kursów np. wcześnie rano i drugi kurs późnym popołudniem. Ale podobno są punktualni. Bilety kupujemy u kierowcy (http://www.smigueltransportes.com/ ). Nasz autobus numer 110 rozpoczynał swój kurs o 7.15 sprzed  głównej ulicy Infante Dom Henrique , skąd odjeżdżały i przyjeżdżały wszystkie autobusy.     Podróż do Furnas  miała trwać   1,5 godz. przy czym my nie dojechaliśmy do samej miejscowości. Mieliśmy bowiem w planach dojść tam pieszo zaliczając po drodze wszechobecne „miradouro”, czyli punkty widokowe. Na Azorach jest bardzo dobrze rozwinięta sieć wszelakich szlaków turystycznych, które mają zachęcać do pieszych wędrówek. To między innymi skusiło nas żeby wyspy poznawać pieszo. W przygotowaniu tras trekkingowych bardzo pomocna okazała się strona  http://trails.visitazores.com/ w przejrzysty sposób obrazująca poszczególne szlaki. Oprócz tego na każdym lotnisku i w biurze informacji turystycznej są darmowe mapy danej wyspy (również z pieszymi szlakami) i lokalne przewodniki. Wysiadamy na wysokości pola golfowego skąd prowadzi ścieżka na szczyt Pico do Ferro. Docieramy tam bardzo szybko, jakieś 1,5 km. Niestety jak to na Azorach bywa, pogoda nas nie rozpieszcza fundując nam lekką mżawkę, a co za tym idzie i chmury. Będąc na szczycie  (570 m npm)  usilnie wypatrujemy   kaldery z jeziorem  Lagoa Das Furnas i naszej docelowej miejscowości Furnas. Udaje się nam coś zobaczyć więc ruszamy dalej. Nasz cel to Miradouro do Salto do Cavalo. Niestety nie prowadzi tam żaden szlak tylko normalna droga asfaltowa. Nic, ruszamy dalej. Oprócz tego że pogoda zaczęła się trochę poprawiać, napawamy się  krajobrazami i przepięknymi hortensjami, które jak mieliśmy się przekonać były tu w niewielkich ilościach. A do tego wszechobecne pastwiska z krowami  ( Azory bowiem słyną z produkcji przepysznych serów). Po 11 km docieramy na wspomniany wyżej punkt widokowy. Chmury dzisiejszego dnia nie dały nam możliwości zrobienia ładnych fotek, ale tak się cieszymy , że cokolwiek zobaczyliśmy. Po krótkim zregenerowaniu sił kierujemy się w stronę miasteczka Povoacac. Docieramy tam mając w nogach 17 km. Wiedząc, że jeszcze pół dnia przed nami postanawiamy wypróbować opcję „na stopa”, ponieważ do Furnas było jeszcze jakieś 7 km. Mieliśmy pewne obawy bowiem, wcześniej minęły nas chyba tylko 3 samochody i to głównie farmerów jadących doglądać swoje pociechy. Nasze wątpliwości  szybko rozwiał Pan jadący w interesującym nas kierunku. Kierowca był tak miły ,że wysadził nas przy jednej z największych atrakcji Furnas, a mianowicie dymiących gejzerach i gorących źródłach. I tu nasuwają się nam już pewne spostrzeżenia co do miejscowych. Są bardzo pomocni, zawsze uśmiechnięci, pozdrawiają cię z daleka widząc jak się męczysz z tym plecakiem. Zobaczymy jak będzie dalej. Po krótkim odpoczynku i zwiedzeniu miasteczka przyszedł czas na znalezienie jakiegoś lokum.  Dość szybko trafiliśmy do hotelu na skarpie, ale 55 euro wydało się nam za wiele i postanowiliśmy znaleźć coś innego. W informacji turystycznej Pani podała nam parę adresów prywatnych kwater. Niestety wszystkie  były albo zajęte, albo nikogo w nich nie zastaliśmy.  Po przejściu paru kilometrów mieliśmy już dosyć   i wróciliśmy do uprzednio znalezionego hotelu Vista do Vale przy ulicy Rua da Palha. Pokój bez klimatyzacji (nie była potrzebna) ale ze wszelkimi wygodami , z balkonem, z którego rozpościerał się niesamowity widok na miasteczko i dolinę. Podsumowując dzień: 26 km w nogach i  mimo kiepskiej pogody pierwsze wrażenia bardzo pozytywne.

Widok ze szczytu Pico do Ferro na Lagoa Das Furnas

  W drodze na Miradouro do Salto do Cavalo

Widok na Furnas z Salto do Cavalo

Povoacac

Dymiące gejzery w Furnas


Dzień 4 (10 lipca) – Lagoa do Fogo.
Kolejny dzień zaczynamy krótką jazdą autobusem numerem 318   do Vila Franca do Campo (w Furnas jest parę przystanków autobusowych , które bardzo prosto zlokalizować). Po 40 minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Nie ma jeszcze 8.00 więc musimy trochę poczekać , żeby zjeść jakieś śniadanie i zrobić zapasy na dalszą wyprawę. Aby wejść na szlak PRC2, niestety musieliśmy przejść drogą asfaltową 4 km. Po uzyskaniu informacji od miejscowych okazało się, że wejście na szlak znajdował się tuż za miejscowością Agua de Alto , a nie w Praia jak sugerowała mapa. Wreszcie drogi polne i szutrowe. Trasa prowadziła przez pastwiska , las eukaliptusowy, wzdłuż znanych nam już z Madery lewad i między wzgórzami gdzie urzędowała niezliczona ilość mew. Po niecałych 8 km od wejścia na szlak ukazała się kaldera całkowicie wypełniona wodą : Lagoa do Fogo. Dzisiaj pogoda dopisuje więc mamy nadzieje , że nasze zdjęcia będą nieco lepsze. Przez całą długość wędrówki  nie spotkaliśmy turystów,  a  przecież to środek sezonu turystycznego. Dopiero nad samym jeziorem mijamy dwie pary i aby nie wracać tym samym szlakiem bierzemy z  nich przykład kierując się w inną drogę. Mieliśmy nadzieje dotrzeć nią gdzieś do cywilizacji. Przez następne 8 km podziwiamy piękno przyrody,   zachwycamy się panującą ciszą.   Wreszcie docieramy do Agua de Alto , gdzie próbujemy złapać stopa do miejscowości Lagoa. Tym razem zabierają nas turyści z Norwegii, którzy zwiedzali wyspę autem. Po dotarciu na miejsce - odpoczynek w miejscowym porcie, oczywiście zwiedzanie miasteczka i po krótkich zakupach ( duży market przy wjeździe do miasta) szukanie noclegu. Okazało się to proste, bowiem był tu jedyny ogólnie znany hostel : Pousada de Juventude Lagoa, do którego się udaliśmy. Hostel znajdował się na ulicy Vulcanologica Atalhada tuż nad samym oceanem. Duży pokój z widokiem na Atlantyk (33 euro) , cztery łóżka , śniadanie w cenie , łazienki bardzo przestronne ( na korytarzach) , brak klimatyzacji. Idziemy spać, sen przychodzi szybko.Podsumowując:  przeszliśmy 27 km z czego 7 km zrobiliśmy w samym Lagoa. Stwierdzamy , że z poruszaniem się „na stopa” nie powinno być trudności i jesteśmy miło zaskoczeni brakiem ludzi na  szlakach turystycznych. Zobaczymy jak będzie dalej.

Kościół Misericordia w Vila Franca do Campo

Lewada wzdłuż szlaku PRC2

Na skraju kaldery

  Lagoa do Fogo w całej okazałości


Ścieżki wzdłuż kaldery

Wyczekiwane przez nas drogi szutrowe

Przepiękne hortensje 

Uliczka z typową wyspiarską zabudową w Lagoa


Dzień 5 (11 lipca) – Sete Cidades i trekking wokół Lagoa Azul.
  Nasz przystanek autobusowy w Lagoa znajdował się bardzo blisko hostelu,  na ulicy Nodda Senhora das Necessidades. Aby dotrzeć do Sete Cidades,    skąd zaczynał się pieszy szlak PR4 ,  trzeba było najpierw dostać się do stolicy. Częstotliwość kursów  była imponująca. My wybraliśmy trzeci  o 7.20 i linię 311 . Po 20 minutach wysiadamy na znanej nam już ulicy Infante Dom Henrique w Ponta Delgada. Mając trochę czasu na przesiadkę wykorzystujemy go na zrobienie zapasów i kawę w pobliskiej knajpce. O 8.25 podjeżdża nasz autokar numer 205A. Jesteśmy pod wrażeniem punktualności tutejszej komunikacji miejskiej.  Oprócz nas wsiadają również inni turyści , co utwierdza nas w przkonaniu, że wybraliśmy odpowiedni autobus. Tuż przed Sete Cidades drogę blokuje stado krów , które pod eskortą swoich opiekunów podążały na pobliskie pastwiska. Musi to być częsty widok,  albowiem kierowca ze stoickim spokojem przez ponad 2 km porusza się za napotkaną przeszkodą. Wreszcie docieramy na miejsce. Widzimy, że grupa turystów jadąca z nami obrała zupełnie inny kierunek niż my co nam zupełnie nie przeszkadzało. Martwiła nas tylko pogoda, zmowu te nieszczęsne chmury. Jak powiedziano nam w hostelu trzeba mieć dużo szczęścia, żeby cokolwiek tutaj zobaczyć. Okaże się za parę kilometrów. Obieramy odwrotny kierunek marszu niż pokazuje nam mapa ze szlakiem PR4. Musimy dojść do Lasów Kanaryjskich. Pierwszy kilometr to spacer przez miejscowość i szukanie wejścia na szlak. Po zlokalizowaniu trasy ruszamy wąskim wąwozem dosyć ostro pod górę. Po 4 km  wspinaczki wreszcie ukazuje się nam Lagoa Azul . Z jednej strony jezioro , z drugiej ocean. Widoczność lepsza niż na dole,   ale w dalszym ciągu słońca brakuje. Widać również jaki kawał drogi nas czeka , aby grzbietem obejść całą kalderę. Mamy czas, więc chyba damy radę. Po 9,5 km docieramy do punktu widokowego Pico do Cruz z przepiękną panoramą .  Zajmujemy miejsca w pierwszym rzędzie i przez dłuższy czas napawamy się widokami. Przed nami w oddali  Lagoa Azul, trochę bliżej Lagoa Verde i najmniejsze Lagoa de Santiago. Nieśmiało zza chmur próbowało wyjrzeć słońce. Warto było tyle przejść, bo krajobraz wynagrodził nasz wysiłek.  Po tym spektaklu idziemy dalej schodząc już delikatnie w dół . Po 3 km docieramy do akweduktu Muro das Nove Janelas , gdzie zaraz był koniec szlaku.  I tu refleksja: przez prawie 13 km trekkingu minęło nas zaledwie kilku turystów serdecznie nas pozdrawiając . Dochodzimy do asfaltowej drogi skąd trzeba będzie złapać okazję. Na autobus nie ma co liczyć. Nie lubimy zbytnio siedzieć bezczynnie , więc ruszyliśmy w kierunku Ponta Delgada. Ruch był bardzo słaby. Po pokonaniu dwóch kilometrów wreszcie jest podwózka. Tym razem młoda para turystów z Niemiec. Ponieważ jechali na drugi koniec wyspy, omijając stolicę, wysiedliśmy na wysokości portu lotniczego. W sumie pasowało nam to , bo mogliśmy zobaczyć ile czasu jest potrzeba , aby spokojnie  dojść do naszego hostelu Vintage Place. (spędziliśmy w nim pierwszą noc na wyspie).  Jutro wcześnie rano czekała nas ta sama trasa tylko w przeciwnym kierunku. Pod wieczór idziemy jeszcze do miasta. Napotykamy na spory tłum ludzi. Okazuje się , że trafiliśmy na obchody Święta Ducha Świętego.   Tuż przy bramie wejścia do miasta ( City Gates) miało miejsce błogosławieństwo „spiżarni”  (mięsa i chleba) . Nazajutrz miała być dla wszystkich darmowa uczta . Niestety nas już tu nie będzie. Podsumowując:   do naszego licznika dodajemy kolejne 27 km. Szlaki trekkingowe  są dobrze oznakowane, problem stanowi tylko odnalezienie ich początku.  Generalnie pogoda nas tu nie rozpieszczała, było ciepło, ale brakowało nam słońca. Mimo wszystko przyroda i widoki nas ujęły. Ciekawe jak będzie 500 km dalej?

Stado krów podążających przed naszym autokarem

Urokliwy domek zbudowany z kamienia wulkanicznego

Lagoa Azul

Miradouro Pico do Cruz

 Lagoa de Santiago

 Akweduktu Muro das Nove Janelas

Stożek wulkaniczny - jeden z wielu

Akwedukt -  ciąg dalszy


Dzień 6 (12 lipca) – podróż na drugą wyspę  CORVO.
Pobudka przed piątą rano, szybka toaleta i obieramy kierunek na lotnisko. Oczywiście idziemy pieszo. W godzinach porannych to najpewniejszy środek lokomocji. Taksówki   nie mieszczą się w naszym budżecie, a komunikacja miejska tak wcześnie nie kursuje. Po 4 km, znanej nam już trasy, meldujemy się na lotnisku odbierając nasze bilety. Co do poruszania się między wyspami, to są dwie opcje: samolot lub prom. Ten drugi bezpośrednio na Corvo nie dociera, a   podróż trwa bardzo długo. Samolot był lepszym rozwiązaniem. Niestety ze względów logistycznych akurat w tym dniu nie kursował. Została nam opcja samolot plus prom. Corvo,  wraz z wyspą Flores, należą  do grupy zachodniej archipelagu. Trzeba było więc dolecieć na Flores,  skąd  dalej prom  docierał w  niecałą godzinę. Linie lotnicze obsługujące loty między wyspami to Sata Air Acores. My, bilety kupowaliśmy już w marcu.  To i tak okazało się za późno,  bowiem bezpośrednie loty na Flores już były wyprzedane. Wybraliśmy więc opcje z dwugodzinną przesiadką na Faial.  Wydaje się to trochę zagmatwane.  Ale wcale nie było prosto to wszystko zgrać,  żeby przez 14 dni chociaż w niewielkim stopniu zwiedzić sześć wysp. Tak więc, aby osiągnąć nasz dzisiejszy cel przewinęliśmy się przez 4 wyspy. No to teraz , jak to wyglądało.O 7.30 samolot opuszcza Sao Miguel. Po godzinnym locie lądujemy na Faial w Horcie. De fakto, miejscowość z lotniskiem nazywa się Castelo Branco, stolica wyspy Horta jest oddalona o 10 km. Mając dwie godziny na przesiadkę robimy krótkie rozpoznanie terenu. Jest to  bowiem lotnisko, z którego będziemy wracać do domu. Po wyjściu z terminala dostrzegamy w oddali potężną górę, na wierzchołku której kłębiły się chmury. To wulkan Pico na sąsiedniej wyspie o tej samej nazwie. Odlatujemy dalej o 10.30 i po 45 minutach wita nas piękne słońce na wyspie Flores. Na lotnisku zaopatrujemy się w nowe mapy. Port lotniczy,  a właściwie jego pas startowy jest długości całego miasteczka Santa Cruz . Za niecałe 7 godzin odpływał  nasz prom. Wolny czas poświęcamy na zwiedzanie miasteczka i odpoczynek nad oceanem. Generalnie nie ma plaż, są tylko naturalne baseny między skałami.  Ponieważ jutro niedziela robimy zakupy w obawie, iż na wyspie zamieszkanej przez niecałe 500 osób będzie trudno cokolwiek kupić. Trochę martwi nas perspektywa szukania noclegu. Na Corvo jest tylko jeden hotel ( The Pirates Nest ),  a poza tym żadnego hostelu. Mamy nadzieje, że coś znajdziemy. Zbliża się 18.00 więc idziemy do portu,  a raczej małej przystani. Bilety na wszystkie promy również kupowaliśmy wcześniej (jeżeli chodzi o ceny,  będą podane na końcu podróży w podsumowaniu).  Jest dwóch przewoźników:  http://www.atlanticoline.pt/p/p/  i http://www.transmacor.pt/. Z niecierpliwością wypatrujemy promu,  osiemnasta mija i nic. Zaczynamy mieć wątpliwości,  tym bardziej, że obok nas jest zaledwie kilka osób. Jak wyglądają promy wiemy, bo nie raz już pływaliśmy. Okazuje się, że nasza wiedza jest jednak mała. Podpływa bowiem jakaś „łupinka”, z której wysiada parę osób. Tak, to jest nasz prom. Wsiadamy wraz z miejscowymi,  jest nas chyba 16 osób. Szczerze mówiąc na przystani nie było żadnej kasy z biletami, wszyscy mieli tylko jakieś kserówki. My też. Może można kupować bilety na promie, tego jednak nie wiem. Po 40 minutach wreszcie osiągamy nasz cel: Corvo. Wysiadamy w jedynym miasteczku na wyspie: Vila do Corvo. Przyszedł czas na znalezienie noclegu. Idziemy przez malutkie miasteczko. Ludzie patrzą   na nas jakoś dziwnie, ale uśmiechnięci pozdrawiają.  Tylko budynki prywatne. Nic, trzeba szukać. Jakiś Pan zamiata przed swoim domkiem. Pytamy go o nocleg a on z uśmiechem prowadzi nas do siebie. Do wyboru mamy trzy pokoje na górnej kondygnacji. Wybieramy ten z widokiem na ocean. Bardzo klimatyczne miejsce ze wszystkimi wygodami (30 euro). Wieczorem robimy spacer,   odnajdujemy jeden sklep (zamknięty) i dwie knajpki. Ceny względne, dobry posiłek z  piwem dla dwóch osób nie przekracza 30 euro.                 Podsumowując: mimo braku trekkingu dopisujemy   kolejne 17 km. Chociaż podróż trwała długo, dzień był przyjemny. Czujemy się coraz pewniej. Przekonujemy się, że z noclegami nie powinno być kłopotów. Skoro tu znaleźliśmy bez problemu, to na innych wyspach również damy radę.

Lot na Faial liniami Sata

Naturalne baseny w Santa Cruz na Flores

W oddali nasz cel – wyspa Corvo

Jak przystało na Flores piękne kwiaty

Nasza „łupinka” – prom na Corvo

Vila do Corvo

Małe wiatraki z trójkątnymi żaglami


Dzień 7 (13 lipca) –   niesamowita kaldera – Lagoa do Caldeirao.
Po spakowaniu naszego dobytku opuszczamy kwaterę nie widząc od wczoraj właściciela.  Tutaj nikt nie zamyka domów, wszyscy dookoła się znają, mają zaufanie do siebie i nielicznych turystów. Idziemy jedyną drogą asfaltową, która prowadzi cały czas pod górę na szczyt wulkanu. Tam zaczyna się pieszy szlak PR2. Po drodze mijamy wszechobecne pastwiska, typową wiejską zabudowę. Jesteśmy pod wrażeniem niesamowitej ilości niebieskich hortensji rosnących na każdym kroku. Pogoda na razie dopisuje, niepokoją nas tylko chmury krążące nad samym szczytem. Po 6 km wspinaczki docieramy na szczyt wulkanu, tzn. tak  nam się wydaje, bo nie wiele widać. Na dodatek zaczyna padać deszcz. Skuleni przysiadamy pod jakimś  krzaczkiem i czekamy na poprawę.  Zrezygnowani  podejmujemy decyzje o powrocie.  Jak to bywało wcześniej nigdzie nie widzieliśmy wejścia na szlak PR2.   Ostatnie spojrzenia w kierunku    kaldery – chyba widzimy na kamieniu żółtoczerwoną  farbę. To początek trasy. Spróbujemy, może pogoda się polepszy.  Po przejściu 200 metrów w dół  nagle ukazuje się nam w oddali ogromna kaldera. Coś niesamowitego. Nad nami chmury a w dole przepiękne widoki. Prawie jak stadion narodowy z zaciągniętym dachem, tylko o wiele większy. Po zejściu na sam dół kierujemy się za szlakiem prowadzącym wkoło paru jeziorek. Przed nami 4 kilometry.  Urzeka nas śpiew ptaków wzmocniony akustyką tego miejsca oraz zupełnie inne światło przedzierające się przez chmury. Wszystko jest bardo wyraźne z niesamowitym kontrastem. Wszechobecne hortensje dzielą pastwiska na zagony, na których leniwie pasą się krowy.  Poprawia się również pogoda, wychodzi słońce. Wspinamy się z powrotem do góry i siadamy na zboczu robiąc sobie godzinny spektakl. Niesamowite miejsce a mało brakowało byśmy go nie widzieli. W  drodze powrotnej mijamy niewielką grupę turystów, którzy przybyli na wyspę porannym promem. Prawie nikt  tutaj  nie nocuje, bowiem jeden dzień wystarcza aby odwiedzić kalderę.  Po dotarciu do miasteczka mamy jeszcze godzinę czasu do przybycia naszego promu. Wykorzystujemy go na suszenie rzeczy w słońcu i regenerację sił. Tym razem wiemy już jakiej łajby wypatrywać. Jest punktualnie. Z żalem żegnamy się z wyspą Corvo, która zrobiła na nas bardzo duże wrażenie.  Przed osiemnastą docieramy do Santa Cruz na wyspie Flores. Aby zrealizować jutrzejsze plany musieliśmy dotrzeć do oddalonej o niecałe 20 km miejscowości Lajes. Na komunikację miejską nie mamy co liczyć. Obieramy odpowiedni kierunek  i idziemy „na stopa”. Zabiera nas młody Portugalczyk spędzający wakacje u kolegi. Uzyskaliśmy od niego sporo informacji o azorskich wyspach i samej Portugalii. Docieramy do Lajes o przyzwoitej godzinie. Pora znaleźć nocleg. Od miejscowych dostajemy adres jakiejś prywatnej kwatery. Dzieci odprowadziły nas pod sam dom. Tutaj na budynkach nie ma żadnej informacji o tym czy jest to  pensjonat lub prywatna kwatera . Niestety miły Pan informuje  nas, że wszystkie pokoje ma zajęte. Po krótkiej rozmowie z żoną przygarniają nas do siebie  oddając  swoją sypialnię do naszej dyspozycji (30 euro). Zostawiamy wszystkie rzeczy i idziemy do miasteczka. Trafiamy do małego portu, gdzie w miejscowej knajpce jemy porządny posiłek. Jutro przed nami zapowiada się długa trasa. Podsumowując: dopisujemy do naszego przebiegu kolejne kilometry, tym razem 25 . Odnieśliśmy wrażenie jakby wszyscy mieszkańcy nas znali, są bardzo serdeczni i otwarci. Najmniejsza wyspa, czyli Corvo, zdecydowanie jest warta zobaczenia. Na nas zrobiła ogromne wrażenie.

Wszechobecne hortensje w drodze na szczyt wulkanu

Dawna zabudowa służy teraz zwierzętom

Zagony hortensjowe

Oznakowanie szlaku

Dach z chmur nad kalderą

Lagoa do Caldeirao

Lagoa do Caldeirao

Hortensje i jeszcze raz hortensje

Zagony hortensjowe

Vila do Corvo

Mały wiatrak  z trójkątnymi żaglami

Pas startowy w wzdłuż Santa Ctuz na Wyspie Flores

Charakterystyczny  kościół, tu w Lajes na wyspie Flores

Dzień 8 (14 lipca) –  Faja Grande,  trzecia wyspa FLORES
Przed nami długa wyprawa. Wstajemy przed siódmą i po cichutku, żeby  nie obudzić gospodarzy,  mamy zamiar opuścić naszą kwaterę. Nie udaje się nam to, bowiem właściciele z zastawionym suto stołem zapraszają nas na śniadanie. Tego się nie spodziewaliśmy. Miło się rozmawia ale pora ruszać w trasę. Dostajemy wodę i owoce na drogę. Naszym celem jest dojście do Faja Grande – miejscowości położonej najdalej na zachód w Europie.  Pierwszym przystankiem po drodze będą dwa jeziorka (zalane kaldery) : Funda i Rasa. Na razie idziemy drogą asfaltową co nam jakoś nie przeszkadza. Samochody jeżdżą bardzo rzadko a pobocza porośnięte są niebieskimi hortensjami. Po przejściu 6 km docieramy do Caldeira Funda, po następnym kilometrze ukazuje się druga - Caldeira Rosa. Pogoda słoneczna, więc widoki niesamowite. Spotykamy  pierwszych turystów –trzy Rosjanki, które na sam szczyt wjechały autem. Ruszamy dalej kierując się do miejscowości Mosteiro. Tam musimy wejść na szlak PR2, którym dojdziemy do Faja Grande. Mijają następne 4 km i docieramy do punktu widokowego Miradouro do Lajedo. Widać z niego małą wysepkę Cartario. Następnie mijamy Rocha Dos Bordoes – formacje skalną z ogromnymi kolumnami bazaltu. Mając 15 km w nogach docieramy do wioski Mosteiro. Wchodzimy na szlak PR2 kierując się do następnej wioski – Fajazinha. Tuż przed dotarciem tam, widzimy w oddali mnóstwo wodospadów. To Lagoa dos Patas.  Skończyła się nam woda i zapasy żywności  , więc w Fajazinha mamy zamiar je uzupełnić. Znajdujemy jeden sklep i  knajpkę.  Niestety i tutaj mieszkańcy maja sjestę, a co za tym idzie, wszystko pozamykane. Nie ma żywej duszy. A do Faja Grande jeszcze 7 kilometrów. Docieramy tam wreszcie klucząc między zagonami z miejscowego kamienia. Niecałe 8 godzin marszu i 25 kilometrów w nogach. Jest dopiero szesnasta. Uzupełniamy zapasy i spalone kalorie. Jak na złość długo szukamy noclegu. Jest to bowiem dosyć znana miejscowość odwiedzana przez wielu turystów. Wszystkie hostele i schroniska pozajmowane.  Kolejny raz trafiamy do tego samego sklepu,  i tu z pomocą przychodzi sprzedawca dając namiary do swojego znajomego. Za 40 euro mamy do dyspozycji cały dół domu  z widokiem na klify i ocean. Po kąpieli i godzinnym odpoczynku idziemy zwiedzić okolicę. Rzeczywiście napotykamy sporo turystów. Sporo jak na Azory. Trafiamy do knajpki nad brzegiem oceanu z wystawką   w postaci pieniędzy papierowych   z różnych stron świata. Akurat mamy 20 złotych. Pan nas prosi,  abyśmy się na nich podpisali i z dumą dołącza je do swojej kolekcji. Tym sposobem w najdalej na zachód wysuniętej miejscowości w Europie dostajemy wielkie kufle piwa za złotówki. Podziwiamy zachód słońca, potężne oświetlone klify. Piękne miejsce. Podsumowując: była to najdłuższa do tej pory wyprawa. Doliczając kilometry zrobione w Faja Grande uzbierało się ich aż 34. W dalszym ciągu na szlakach bardzo niewielu turystów. W każdej napotkanej wiosce i niewielkiej miejscowości są charakterystyczne skwery obsadzone platanami. W większych miejscowościach jest na nich bezpłatny dostęp do wi-fi.  Trzeba pamiętać tylko o sjeście, podczas   której wszystko jest pozamykane.

W drodze do Faja Grande

W drodze do Faja Grande

W drodze do Faja Grande

Caldeira Funda

Formacja skalna Rocha Dos Bordoes

Takimi drogami przyjemnie spacerować

Takimi drogami przyjemnie spacerować

 Wioska Mosteiro

Wioska Mosteiro 

W drodze do Faja Grande

Lagoa dos Patos

Podcienie z platanów w Fajazinha

Tuż przed Faja Grande

Można mieszkać i tak – Faja Grande

Nasza trasa na Endomondo

 Dzień 9 (15 lipca) – powrót do Santa Cruz.
Rano budzi nas rzęsisty deszcz. Próbujemy trochę przeczekać, ale nie wygląda to za ciekawie. Dzisiejszy dzień ma być trochę luźniejszy. Żeby dotrzeć do drogi, gdzie  będziemy łapać „stopa” mamy do pokonania zaledwie 7 km. Co to dla nas. Wejście na szlak PR3 odnaleźliśmy już wczoraj. Okazuje się, że wcale nie będzie tak łatwo. Oprócz padającego deszczu musimy uporać się z ponad 600   metrowym  klifem. W ciągu pierwszych dwóch godzin pokonujemy zaledwie 3 km. Dobrze, że przedzieramy się przez gąszcz roślinności, przynajmniej tak mocno nie mokniemy. Po wejściu na samą górę kompletnie nic nie widać. Ledwo dostrzegamy oznakowanie szlaku.  O dzisiejszych atrakcjach możemy zapomnieć.  Miały to być cztery niewielkie kaldery: Branca, Seca, Comprida i największa Negra. Po siedmiu kilometrach,   przemoczeni, docieramy do drogi asfaltowej. Są tak gęste chmury, że mamy wątpliwości w jakim kierunku łapać podwózkę. Widząc przemoczonych turystów zatrzymuje się nam pierwszy samochód. Co ważne jedzie w dobrą stronę.  Tym sposobem bardzo wcześnie meldujemy się w Santa Cruz.  Udajemy się do uprzednio  zarezerwowanego pensjonatu  Malheiros Serpa (http://www.malheiros.net/en/home).  Tylko 10 minut spacerem od lotniska. Pokój mały (40 euro), osobista łazienka, ale na korytarzu, rano śniadanie. Położenie pensjonatu  nieciekawe, blisko pasa startowego i skrzyżowania ulic. Ale to tylko jedna noc. Mamy dużo czasu. Robimy pranie i udajemy się na plaże. W końcu czas na  odpoczynek.    Podsumowując:   trochę luźniejszy dzień, robimy w sumie 17 kilometrów. Spostrzegamy, iż w każdej miejscowości, nawet tej najmniejszej, zawsze są do dyspozycji darmowe toalety. Przy plażach również natryski. Jutro czeka nas podróż na najdłuższą wyspę archipelagu centralnego – Sao Jorge.

Faja Grande w całej okazałości

Mozolna wspinaczka na klif

Santa Cruz na wyspie Flores

Santa Cruz na wyspie Flores

W oddali Corvo, widok z plaży w Santa Cruz

Naturalne baseny kąpielowe

Dzień 10 (16 lipca) – czwarta wyspa SAO JORGE.  
Lot mieliśmy o 10.30. Do lotniska 10 minut spacerkiem, można było się więc wyspać. Najtańszy  sposób  dotarcia na Sao Jorge  to lot do Horty  na Faial  i przesiadka na prom (bezpośredni przelot był  dużo droższy). Tym sposobem  przynajmniej mieliśmy dużo czasu, żeby  zwiedzić portowe miasteczko.  O 11.15 meldujemy się w Horcie, tzn. w Castelo Branco. Do miasta jest 10 kilometrów, droga prowadzi wzdłuż wybrzeża. Po krótkim namyśle  idziemy pieszo. Pogoda piękna, słońce nieźle przygrzewa.  Mamy czas aż do 18.00.  Faial jest naszą tranzytową wyspą. Będziemy na niej po raz trzeci w ostatnim dniu pobytu (z Horty odlatujemy do Lizbony). Po przybyciu lokalizujemy nasz port. Leży on na końcu miasta. Można się pomylić, bowiem najpierw wita nas port rybacki i przepiękna marina. Tradycją  jest ozdabianie nabrzeża  przez przybyłych żeglarzy  własnoręcznie wykonanymi malunkami.  Dzięki temu po wielu latach wygląda ono   jak kolorowa mozaika. Udało się nam znaleźć również polski akcent na biało czerwonym tle. Po tym spacerku pora na kawę. Bardzo blisko znajduje się knajpka Cafe Sport. Właściwie to tawerna znana miłośnikom żeglarstwa, prowadzona nieprzerwanie od 1918 roku. Dawniej  można tu było zostawiać korespondencję pocztową i w ten sposób komunikować się z rodziną. Powoli zbliża się godzina odpłynięcia promu. Udajemy się do portu podziwiając monumentalną górę na sąsiedniej wyspie Pico. Tym razem przypływa prom jaki  wcześniej znaliśmy. Przed nami niecałe 1,5 godziny podróży na Sao Jorge. Po drodze zatrzymujemy się na krótko w Sao Roque na wyspie Pico. Na promie zauważamy turystów, których wcześniej już widywaliśmy. Pewnie w podobny sposób zwiedzają archipelag azorski. Przed dziewiętnastą dobijamy do miasteczka portowego  Velas na wyspie Sao Jorge. Przyszedł czas na znalezienie jakiegoś lokum. Przy samym porcie, na ulicy Conselheiro Dr. Jose Pereira,   natrafiamy na hostel  Al-Residencial Neto . Są wolne pokoje.  Nasz był mały (45 euro) z dużą łazienką, śniadaniem i widokiem na port. To najszybciej znaleziony nocleg do tej pory. Jeszcze wieczorny spacer po miasteczku i idziemy spać. Podsumowując: do naszego konta dopisujemy 19 kilometrów. Dzień w podróży,  ale pełen wrażeń. Po trzech wewnętrznych lotach stwierdzamy, iż samoloty są punktualne i zapełnione. Bilety na okres wakacyjny lepiej więc kupować z wyprzedzeniem. 

Widok na Pico w drodze do Horty

Jedyna piaszczysta plaża na Faial

 Jedyna piaszczysta plaża na Faial

Kolorowe malunki zostawiane przez żeglarzy

Tawerna Cafe Sport

Horta

Przybył nasz prom na Sao Jorge

Widok na Hortę z nabrzeża

Wulkan Pico na wyspie Pico

Kościół  Świętego Jerzego w Velas na Sao Jorge

Dzień 11 (17 lipca) – Faja de Ouvidor
Na dzisiejszy dzień nie mieliśmy sprecyzowanych planów. Chcieliśmy się tylko dostać na północną część wyspy, gdzieś w połowie drogi do jutrzejszego celu – Faja Dos Cubres.  Po dotarciu w jakieś fajne miejsce będziemy szukać noclegu. Przeprawę na drugą stronę wyspy trzeba  zacząć na wysokości miejscowości Urzelina. Odcinek   do Urzeliny to główna droga, dlatego postaramy się ją pokonać „stopem”. Opuszczamy  Velas , po  przejściu niecałych 3 kilometrów wreszcie łapiemy podwózkę. Zauważamy, iż na większych wyspach zajmuje to trochę więcej czasu. Miejscowa Pani nie bardzo wie , gdzie znajduje się droga rozpoczynająca przeprawę na drugą strony wyspy. Wysiadamy na początku miejscowości Urzelina.  Po krótkim obejściu całej wioski udaje się nam uzyskać informacje o dalszym kierunku naszej wyprawy.  Sao Jorge jest bardzo wąską i długą wyspą. Liczy 56 km długości i tylko 8 szerokości. Jej charakterystyczną cechą jest duża różnica wysokości i gwałtownie wznoszące się z poziomu morza wybrzeże. Centralny masyw górski, który musimy pokonać przekracza 1000 m npm.   Dlatego droga prowadzi cały czas pod górę. Z każdym kilometrem, a co za tym idzie większą wysokością, coraz  bardziej pogarszała się pogoda. O pięknych widokach możemy na razie zapomnieć. Po przejściu 12 kilometrów nadarza się szansa na złapanie „stopa”. Zatrzymuje się farmer wracający ze swoich pastwisk.   Dojeżdżamy do Norte Grande. Gdy chcemy wysiąść,  Pan podjeżdża  na piękny punkt widokowy, po czym z powrotem odwozi nas do swojej wioski. Tak nam się spodobał ten miradouro, że postanawiamy wrócić na niego jeszcze raz.  To  Faja de Ouvidor,  położony wysoko na klifie. W oddali widać niewielką osadę o tej samej nazwie, zaledwie kilkanaście domków.  Chcemy tam zostać na noc. Przed nami bardzo zygzakowata droga.  Łapiemy kolejną okazję w dzisiejszym dniu. Pytamy się młodego małżeństwa o jakieś kwatery prywatne. Niestety,  twierdzą , że raczej nic nie znajdziemy.  W Faja de Ouvidor natrafiamy na jedyną knajpkę,  tuż koło niewielkiej przystani. Zrezygnowani zagadujemy właściciela o jakieś kwatery prywatne. Po krótkiej  chwili idziemy z nim  na pobliski klif. Zostawia nas wraz ze swoja mamą, która pokazuje nam   klimatyczne  miejsce. Za 40 euro mamy do dyspozycji typowy azorski domek urządzony w wiejskim stylu. Wędrując po wyspach dużo razy mijaliśmy podobną  zabudowę i bardzo byliśmy ciekawi jak taka mała chatka wygląda w środku.  Przekonamy się niebawem.Podsumowując: aplikacja endomondo notuje kolejne 22 km. Zauważamy, że na wyspach nie ma problemu z komunikacją w języku angielskim. Mieszkańcy chętnie udzielają turystom pomocy.

Velas na wyspie Sao Jorge

Kościół Nossa Senhora das Neves w Norte Grande

Miradouro Faja de Ouvidor na osadę o tej samej nazwie

Widok z okna sypialni domku na klifie

Kuchnia w naszej wiejskiej posiadłości

Faja de Ouvidor na wyspie Sao Jorge

 Faja de Ouvidor na wyspie Sao Jorge

                         Faja de Ouvidor na wyspie Sao Jorge

Dzień 12 (18 lipca) – Faja dos Cubres i Faja da Caldeira do Santo Cristo.
Wizytówką wyspy są przepiękne klify i leżące u ich podnóży „faja”.  Faja to nic innego jak formacja geograficzno-geogoliczna. Jest rzadko występującym zjawiskiem,  głównie na Sao Jorge. To nic innego,  jak płaskie, półkoliste kawałki lądu powstałe po skalnych osuwiskach, lub po spłynięciu do podnóży wyspy lawy. Często, oprócz żyznej ziemi, mieszczą one również niewielkie  jeziorka. Tak jest w przypadku faja, które są naszym dzisiejszym celem. Przed nami zapowiada się długi   dzień.  Najpierw trzeba wydostać się z Faje de Ouvidor. Idziemy krętą  drogą cały czas pod górę. Musimy wdrapać się na wysokość ponad 500 m npm. Z pobliskiego Norte Grande kierujemy się na Norte Pequeno. Na razie idziemy drogą asfaltową, mijając kolejne wioski. Po przejściu 8 km docieramy do Norte Pequeno. Przed nami sześć kilometrów zejścia w dół nad sam ocean do Faja dos Cubres. Tu również jest asfalt, żeby ułatwić turystom dotarcie tam za pomocą taksówki. Najgorsze, że jak   zejdziemy to znowu będziemy musieli wejść na wzgórze tym razem wysokie  na 750 m , ale już szlakiem. Docieramy do chyba najładniejszego punktu widokowego na wyspie. Piękne klify, a u ich podnóży faja zalane jeziorkami. Po tym spektaklu udajemy się krętą drogą cały czas opadającą w dół. Doprowadza nas do samej wioski. Faja dos  Cubres to kilkanaście zabudowań, jeden kościółek i oczywiście niewielki bar. Jest również parę taksówek, bowiem kończy się tu pieszy szlak PR1. Prowadzi on z Serra do Topo poprzez  Caldeira  Santo Cristo. My będziemy chcieli pokonać go w przeciwnym kierunku. Idąc wzdłuż wybrzeża po następnych 5 km dochodzimy do jeziorka na Faja da Caldeira S.C. Napotykamy na typową azorską zabudowę z miejscowego kamienia wulkanicznego. Nad samym jeziorem mała przystań i klika  kolorowych łódek. Utworzono tu naturalny  rezerwat przyrody ze względu na występujące w lagunie małże.  Bardzo klimatyczne miejsce. Teraz przed nami tylko ostra  wspinaczka. Droga prowadzi przez las. Tuż obok szlaku odbija ścieżka do ukrytego wśród gęstej roślinności wodospadu. Napotykamy tam na turystów  uprawiających canyoning, czyli zjeżdżanie na linie z wodospadu. Po 26 kilometrach marszu docieramy wreszcie do Serra do Topo. Trochę jesteśmy przerażeni, bo to zupełne pustkowie. Nie ma żywej duszy, tylko droga asfaltowa ciągnąca się wzdłuż grzbietu wyspy.  Po jakiejś pół godzinie jedzie pierwsze auto. Zabiera nas do miejscowości  Caletha. Dalej łapiemy okazję prawie do samego Velas. Przed nami jeszcze znalezienie noclegu. Jesteśmy bardzo zmęczeni, więc idziemy do tego samego hostelu. Niestety wszystkie pokoje są zajęte. Obeszliśmy całe Velas i nic. A to dlatego, że akurat odbywał się jakiś festiwal kapel. Trafiamy do hotelu z wolnym ostatnim pokojem. Mimo iż kosztował aż 75 euro bez zastanowienia w nim zostajemy. To  leżący nad samym portem Casa Do Antonio z wszelkimi wygodami i pięknymi widokami. Po tak męczącym dniu na pewno dobrze w nim odpoczniemy. Podsumowując: zrobiliśmy tylko kilometr mniej (33 km) niż nasz dotychczasowy rekord na Azorach. Sao Jorg to wyspa z przepięknymi widokami ze względu na ostro opadające zbocza górskie. Stwierdzamy również , że na mniejszych wyspach z komunikacją miejską jest bardzo kiepsko. Dobrze, iż nie ma jakichkolwiek problemów z poruszaniem się „na stopa”.

Najładniejszy punkt widokowy na Sao Jorge

Faja dos Cubres

 Faja dos Cubres

Typowy kościółek tym razem w Faja dos Cubres

Szlak PR1 wzdłuż opadającego zbocza

Caldeira do Santo Cristo

Oznakowanie pieszych szlaków

Domy mieszkalne na  Faja da Caldeira do Santo Cristo

Faja da Caldeira do Santo Cristo

Dzień 13 (19 lipca) – piąta wyspa – PICO
Po pysznym i obfitym śniadaniu udajemy się na prom, na wyspę Pico. Przypływa punktualnie,  ruszamy o 9.55 . Po niecałej 1,5 godzinie dobijamy do małego miasteczka – Madaleny. Dzisiaj mamy bardzo luźny dzień. Naszym jedynym celem jest dotarcie jak najbliżej podnóża największego szczytu i tam znalezienie noclegu. Wierzchołek wulkanu Pico jest największym wzniesieniem w obrębie  Grzbietu Atlantyckiego, oraz najwyższym szczytem Portugalii – 2351 m n.p.m.Jutro zamierzamy go zdobyć.         Wykorzystując wolny czas zwiedzamy Madalenę. To niewielkie miasteczko, zaledwie kilka ulic i mały ryneczek. Bardzo ładny kościół de Santa Maria stojący nieopodal portu  frontem skierowany na sąsiednią wyspę Faial.  Po tym spacerku kierujemy się za miasto do głównej drogi. Mijamy mnóstwo winnic w charakterystycznych dla tego regionu zagonach z miejscowego kamienia. Mają one na celu osłaniać rośliny przed słonym wiatrem. Po przejściu 2 km  łapiemy okazję do Sao Mateus. Pierwszy raz nam się zdarzyło, iż miejscowy kompletnie nie znał angielskiego. Pokazujemy na mapie gdzie chcemy wysiąść, a on zaczął jakieś wywody po portugalsku. Całą drogę coś nawijał i kompletnie mu nie przeszkadzało, że go nie rozumieliśmy. W Sao Mateus o hostelu można zapomnieć. Pozostaje jedynie jakaś kwatera prywatna. W  knajpce zostajemy skierowani do leżącego naprzeciw sklepiku. Tam z kolei jakiś Pan zabiera nas swoim autem do innego sklepu. Zostawia nas i prosi abyśmy chwilę poczekali. Po paru minutach przyjeżdża inny Pan, z którym jedziemy do domku położonego na wzgórzu. Jak widać mała wioska, pełna współpraca, wszyscy się znają. To najtańszy nocleg do tej pory na Azorach (25 euro). Pokój z pięknym widokiem na ocean u podnóża samego wulkanu. Pogoda dopisuje , więc idziemy nad  Atlantyk odpoczywać. Podsumowując: dzień na regenerację sił, przeszliśmy 11 kilometrów. W najbardziej oddalonych (Corvo), i tych najmniejszych miejscowościach,  łatwo jest znaleźć niedrogi nocleg u mieszkańców.  

Port w Madalenie na wyspie Pico

Wiatrak tuż przy porcie  

Kościół de Santa Maria w Madalenie

Winnice w zagonach z miejscowego kamienia

Typowy kościół tym razem w Sao Mateus na wyspie Pico

Kilkusetletnie smokowce

Plaża w Sao Mateus

Dzień 14 (20  lipca) – Montanha do Pico
Wcześnie rano nie budząc gospodarzy wymykamy się z domu. Tuż za domem odbija drużka asfaltowa mająca doprowadzić nas prawie pod sam szczyt. Na Pico nie ma typowych szlaków turystycznych. Trzeba dostać się do Cabeco das Cabras na wysokość 1223 m n.p.m. , skąd zaczyna się 4 kilometrowy górski szlak na wierzchołek. Większość turystów dociera tam autem. My postanowiliśmy zdobyć szczyt od zera,  a nie od połowy wysokości. Z każdym pokonanym kilometrem jesteśmy coraz wyżej. Na razie nie jest stromo, ale mimo wszystko, cały czas pod górę. Pogoda  dopisuje, co jakiś czas słońce przykrywają chmury. Po przejściu 13 km docieramy do schroniska leżącego tuż obok szczytu Cabeco das Cabras. Aby wejść na szlak wypełniamy formularz podając swoje dane.  Pani była trochę zdziwiona, że nie możemy wpisać nazwy hotelu, w którym mieszkamy. Poprosiła abyśmy w takim razie podali adres wypożyczalni auta , którym przyjechaliśmy. Na co my odpowiadamy, iż dotarliśmy pieszo. Dała więc za wygraną o nic więcej już nie pytając.  Dostajemy dokładną mapę ze szlakiem i gps, aby w razie czego mogli nas zlokalizować. Za całość płacimy 10 euro od osoby. Trochę się tym wszystkim wystraszyliśmy, ale tak daleko zaszliśmy, że żal było się wycofać tuż przed ostatnim podejściem.  Początek trasy dosyć łagodny. Co jakiś czas wbity słupek z kolejnym numerem. Po minięciu pierwszych pięciu  zaczynają się pierwsze „schody”.  Nie ma już jako takiej ścieżki, widać tylko w oddali słupek, do którego trzeba dotrzeć , żeby dojrzeć kolejny. Idziemy po jęzorach zastygłej lawy. Co jakiś czas przystajemy podziwiając widoki. Niestety czym wyżej jesteśmy , tym coraz więcej chmur. Robi się również coraz zimniej. Przy słupku 23 ubieramy coś cieplejszego zastanawiając się ile jeszcze przed nami. Od wracających turystów uzyskujemy informację, że ostatnim słupkiem jest numer 45. Nie była to informacja  pocieszająca, tym bardziej, iż przerażała nas droga powrotna,  a sił ubywało. Wreszcie po ponad trzy godzinnej wspinaczce docieramy na szczyt. Chmury całkowicie wszystko zakryły ( tylko 7 stopni ciepła). Wierzchołek  jest dosyć specyficzny.  Duże wypłaszczenie,  a z boku jakby doklejony trzydziestometrowy  stożek. Mimo, iż ledwie co było widać zostawiam swoją połówkę i wdrapuję się na ten mały stożek. Jest, Montanha do Pico zdobyta w 100 procentach. Powrót do schroniska nie był taki straszny jak się wydawało wcześniej. Schodzimy prawie godzinę szybciej niż podchodziliśmy. Zdajemy gps-y i po krótkim odpoczynku udajemy się w kierunku Madaleny. Docieramy dwiema okazjami. Miasteczko już znamy. Udajemy się do najbliższej knajpki, żeby uzupełnić stracone kalorie. Wiedząc, że w małych miasteczkach najszybciej znaleźć nocleg w sklepie lub knajpie  zagadujemy kelnerkę o jakieś lokum. Po zjedzonym posiłku czeka na nas już Pan i zawozi do swojego domu. Za 40 euro mamy duży pokój do dyspozycji. Lokalizacja może nie najlepsza, przy drodze na przedmieściach Madaleny.  Ale jest już dosyć późno, więc  zmęczeni   bardzo szybko zasypiamy.   Podsumowując: następne 23 kilometry na naszym koncie. Były to chyba najcięższe kilometry jakie do tej pory pokonaliśmy. Nasz główny cel całej wyprawy został osiągnięty. Najwyższy szczyt Portugali został zdobyty.

 Montanha do Pico

W drodze na szczyt

Początkowy szlak

Na trasie małe stożki wulkaniczne

 Na trasie małe stożki wulkaniczne

Szlak po zastygłej lawie

Wierzchołek góry Pico


Dzień 15 (21 lipca) – szósta wyspa – FAIAL
Prom z portu  w Madalenie odpływał o 8.15. Faial jest sąsiednią wyspą, zaledwie pół godziny podróży i jesteśmy ponownie w Horcie. Pomiędzy tymi wyspami jest chyba największa częstotliwość kursów, bo aż siedem w ciągu dnia. Naszą ostatnią wycieczkę zaplanowaliśmy  na przylądek Capelinhos.  To zupełnie nowy kawałek lądu powstały na przełomie lat 1957/1958 wskutek trzech okresów aktywności wulkanicznej. Erupcja wulkanu Capelinhos miała miejsce pod wodą około 1 kilometra od ówczesnego wybrzeża. Ostatecznie po tych erupcjach przybyło 1,5 km2 nowego lądu. W starej latarni, która przeżyła kataklizm mieści się centrum informacji dające ogólne pojęcie o wulkanologii. Czas, jaki pozostał nam do odjazdu autobusu na przylądek, wykorzystujemy na wybór  pamiątek. W Horcie byliśmy już wcześniej, ale nie robiliśmy zakupów, żeby ich nie dźwigać ze sobą. Przed dwunastą udajemy się na przystanek na ulicy Avenida 25 de Abril (tuż obok informacji turystycznej). Jest to główna arteria ciągnąca się wzdłuż nabrzeża Horty.  Po około 30 minutach wysiadamy w Capelo, wiosce oddalonej o cztery kilometry od Capelinhos. Po drodze chcemy zorientować się, czy jest sens gdzieś tutaj przenocować. Niestety tam, gdzie trafiamy nikogo nie ma, wszystko pozamykane. Trudno, będziemy myśleć w drodze powrotnej. Docieramy do przylądka. Przed nami na pierwszy plan wysuwa się latarnia morska i niesamowite formacje skalne. Krajobraz księżycowy, żadnej roślinności, tylko czarny piasek i skały. Wspinamy się po wyznaczonych trasach na grzbiet nowo powstałego lądu. Idziemy po wulkanicznym piasku. Mamy odczucia jakbyśmy znaleźli się na księżycu. Po tym spacerze udajemy się na pobliską plażę, na krótki odpoczynek. Podejmujemy decyzję, iż ostatnią noc spędzimy w  Horcie. Najpierw musimy tam dotrzeć. Z samego przylądka jedziemy z  turystami. Przemieszczali się oni w głąb wyspy, dlatego daleko nie dojechaliśmy. Następnie zabierają nas dwie miejscowe kobiety. Jak się dowiedziały, że jutro wylatujemy, to zaproponowały nam podwózkę do hostelu tuż obok lotniska. Całkiem nam się ten pomysł spodobał. Wysiedliśmy w Castelo Branco tuż obok portu lotniczego.  Hostel Qunita das Buganvilias znajduje się przy głównej drodze do Horty,  na wysokości pasa lotniczego. Super miejsce, pokoje od 55 euro, tylko jeden mały problem, wszystkie były zajęte. Pozostała nam jednak stolica. Docieramy tam kolejnymi dwiema okazjami. Jest już dosyć późno. Kierujemy się do informacji turystycznej w małym  parku na Placu Republica. Uzyskujemy tam adres kwatery prywatnej w niewielkim domku szeregowym. Pani z informacji dzwoni tam, aby upewnić się, czy jest coś wolnego. Za 30 euro mamy niewielki pokój ze wspólną łazienką w bardzo cichej dzielnicy Horty. Jutro przed nami pozostało jedynie dostać się na oddalone o 10 kilometrów lotnisko w Castelo Branko. Podsumowując: ostatnia wycieczka to kolejne 25 kilometrów w naszych nogach. Pod koniec całego pobytu potwierdza się wielka gościnność i uczynność mieszkańców archipelagu azorskiego.

Marina w Horcie, w tle wulkan Pico

Kierunek Capelinhos

Przylądek Capelinhos

Latarnia z centrum informatycznym

 Przylądek Capelinhos

W oddali plaża na Capelinhos

Przylądek Capelinhos

Przylądek Capelinhos

Dzień 16 (22 lipca) – podróż do Lizbony
Lot do Lizbony mieliśmy dopiero o 18.25. Był więc czas żeby się porządnie wyspać. Żaden autobus na tą godzinę nam nie pasował. Postanowiliśmy z odpowiednim zapasem czasowym przejść pieszo. Na pożegnanie ostatnie obejście miasta, kawa w knajpce tuż przy jedynej piaszczystej plaży i kierunek port lotniczy. W połowie drogi zabiera nas miejscowa Pani zawożąc pod sam terminal.  Samolot odlatuje punktualnie, parę minut przed 21.00 lądujemy w Lizbonie. Półgodzinna podróż  metrem i meldujemy się w tym samym hostelu co na początku podróży (Residencial Mar Dos Acores).

Pożegnanie z Hortą

Widok na Pico w drodze na lotnisko

Ostatni dzień – przyjazd do domu
W Lizbonie trzeba było wcześnie wstać. Na lotnisku jesteśmy parę minut po 6.00.  O 8.25 startował samolot do Warszawy. Po niecałych pięciu godzinach lotu meldujemy się szczęśliwie w Warszawie.

 PODSUMOWANIE
1. Wybierając się na Azory śmiało można jechać bez wcześniejszej rezerwacji noclegów. Zwłaszcza na mniejszych wyspach i małych miejscowościach nie było z tym problemów.
2. Bilety lotnicze pomiędzy wyspami warto rezerwować wcześniej. Jeżeli chodzi o promy nie ma problemów z dostępnością biletów na miejscu.  
3. Na wszystkich lotniskach i w każdej informacji turystycznej dostępne darmowe mapy i przewodniki.
4. Mieszkańcy bardzo pomocni i przyjaźnie nastawieni . Większość z nich dobrze zna język angielski.
5. Nie ma problemów z podróżowaniem „na stopa”.
6. Żywność w marketach generalnie tańsza niż na kontynencie, nieco droższa niż u nas.
7. Nie jest to rejon typowy do plażowania. Jest tu mało plaż.
8. Pogoda jest bardzo kapryśna,  słoneczny dzień raptem robi się deszczowy i odwrotnie. Szczególnie można tego doświadczyć w wyższych partiach gór.
9. Bardzo mała ilość turystów na szlakach.  
10. Jest to raj dla miłośników przyrody i pieszych wędrówek. Przez 14 dni przeszliśmy szlakami azorskimi 320 kilometrów.
11. Na nas największe wrażenie zrobiła Lagoa do Caldeirao na Corvo i cała wyspa Flores.


Podsumowanie – ogólne koszty dla dwóch osób

Loty:  WAW-PDL   HOR-WAW  220 zł
PDL – HOR   HOR – FLW  74 euro (310 zł)
FLW – HOR   56 euro (235 zł)
Razem przeloty -  765 zł  x 2 osoby 1530 zł
Promy: Flores – Corvo 10 euro
Corvo – Flores 10 euro
Horta – Velas 15,10 euro
Velas – Madalena 10,10 euro
Madalena – Horta 3,40 euro
Razem  promy  - 48,60 euro / 204 zł x 2 osoby 408 zł
Komunikacja miejska – 50 euro / 210 zł (korzystaliśmy 5 razy)
Noclegi: średnia za 16 noclegów dla 2 osób 37,60 euro
Razem noclegi  -  602 euro / 2 530 zł
Ubezpieczenie – 140 zł
Wyżywienie, suweniry-  1580 zł

Całość razem 6400 zł czyli 3200 zł na jedną osobę.

1 komentarz:

  1. Super napisane, dużo konkretów, na pewno skorzystam - wybieram się na Azory na przełomie czerwca i lipca. Pozdrawiam serdecznie! Dominika

    OdpowiedzUsuń